Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

Weekend kulinarno-relaksacyjny za nami. Najechałyśmy Kraków, żeby oderwać się na chwilę od trosk dnia codziennego 😉
Od razu informuję, że wszystkie opinie o lokalach są subiektywne i szczere, nikt nas nie sponsorował, nad czym ubolewamy.
Zdjęcia zostały zrobione komórką, przepraszam za jakość, jesteśmy leniwe, nie chciało nam się dźwigać aparatów…

Zaczęło się dość, hmm, głośno, niewiele brakowało, żeby wyproszono nas z autokaru już 3 minuty od wyruszenia. Należy bowiem podkreślić, że to chyba pierwszy wyjazd autobusem od czasów wycieczek szkolnych. Byłyśmy więc podekscytowane 😉

Kiedy rozmazały nam się już makijaże i uznałyśmy, że czas się trochę wyciszyć,  wsiadł
Pan Z Reklamówką Parówek. I Boczku. I tu zaczyna się podróż kulinarna 😉 Pan lekko się chwiał, ale miał silny wewnętrzny imperatyw do poprowadzenia ożywionej dyskusji ze swoją sąsiadką, która, na nieszczęście, siedziała za mną. I tak pan zawisł nade mną, wbijając mi łokieć w oko. Rozmazane dodam – to już szczyt szczytów. Jako, że wyróżniam się taktem i kulturom osobistom, delikatnym głosem wyartykułowałam, że czuję niewielki dyskomfort związany z jego łokciem w moim oku. Niewiele pomogło, pan był przygłuchy lub złośliwy. Kiedy ponowiłam prośbę, tym razem głośniej, Reklamówka Z Parówkami przeniosła ciężar ciała na studentkę w rzędzie obok. Studentka była mniej wyrozumiała i zdecydowanie mniej kulturalna, dobitnie wyraziła swoją opinię i wydała polecenie, którego efektem było ogólne potwierdzenie, że pan przeszkadza WSZYSTKIM i zdecydowanie tak – ma usiąść. Wszyscy byli zadowoleni.
Do momentu, w którym uznałyśmy, że – jak powyższe doświadczenie obrazuje – kultura nie popłaca i ochoczo zaczęłyśmy opowiadać głupoty, śmiać się na całe gardło i kontynuować rozmazywanie makijaży. Rozważania nad wyborem: zwiedzamy antykwariaty i muzea, czy to my jesteśmy antykwariatami  i bezcześcimy się w klubach nocnych, skróciły nam czas podróży
i nagle dotarłyśmy.
Do rozpoczęcia naszej doby hotelowej w apartamencie, który zarezerwowałyśmy (o którym później) miałyśmy jeszcze pół godziny, zgodnie stwierdziłyśmy, że doznałyśmy znaczącego ubytku na energii i trzeba coś zjeść.
Wpadłyśmy do zachęcającej ekologicznymi sloganami, knajpki z hamburgerami – Bobby Burgera – bo miało być szybko i konkretnie. I rzeczywiście było.
W menu można znaleźć kilka rodzajów hamburgerów (od klasycznego – wołowego, przez kotleta z kurczaka, po wegetariański). Ceny, w zależności od wielkości hamburgera, zaczynają się na 10zł a kończą na ok. 25zł. Zamówiłam małego (i całe szczęście, dla przeciętnego człowieka jest w sam raz) hamburgera w wersji classic, z frytkami. Był niezły. Mięso nie udawało mięsa, było nim. Frytki (konkretne kawałki ziemniaków) były świeże i smażone we względnie świeżym oleju. Zastrzeżenia mam do bułki i sosów. Buła była najzwyklejszą, białą, napompowaną powietrzem „przemysłówką”, a sosów było stanowczo za dużo – zabijały smak, wylewały się z hamburgera i były mocno przeciętne – sztuczne, fastfoodowe. Anyway, jeśli macie ochotę na hamburgera, wybierzcie BB zamiast McDonaldsa. Wyszłyśmy grube, szczęśliwe i prawie wolne od dysonansu poznawczego 🙂

burger

Dotarłyśmy do apartamentu (powinnam nadmienić, że to trzeci apartament z kolei, który rezerwowałyśmy – pierwszy został zdemolowany, w drugim zaległ Gość Na Dłużej – ale kiedy ja podróżuję, dzieją się przygody, przeszłyśmy więc obok tego faktu dość obojętnie, rzucając tylko kilka mało znaczących komentarzy, jak: o Boże to fatum, nie jedźmy!) i odbyło się PRZEKAZANIE kluczy, informacji i numeru telefonu od pana przedstawiciela firmy, żartów nie na miejscu – od nas. Pan był na tyle uroczy, że się speszył i dwa razy zrzucił dokumenty ze stołu, rumieniąc się przy tym jak dziewica. Ilość progesteronu na metr kwadratowy zdruzgotała przeciwnika. Yeah.
Apartament polecamy szczerze, duży, czyściutki, bardzo wygodny, w pełni wyposażony i blisko centrum.

Po szybkim: JA tu śpię, nie – JA! Zamknęłyśmy za sobą drzwi i udałyśmy się na spacer po Rynku.
Pogoda wyjątkowo nam się udała, było słonecznie i ciepło. Kupiłyśmy sobie kawę i babeczki w Cupcake Corner Bakery i ruszyłyśmy w kierunku Wawelu.

ciastko0

Czekoladowa babeczka z masłem orzechowym jest pyszna, nawet dla kogoś, kto raczej nie przepada za słodyczami. I kawa organiczna też. A kawę lubię, nadużywam, wiem co mówię, znam się na tym 🙂

coffe

Nasze błogie lenistwo brutalnie przerwał ekolog, Pan Strażnik Zieleni, którą przygniotłyśmy, dociążonymi kapkejkami, zadami. Albowiem nie godzi się przygniatać trawników na Wawelu! Mają one cieszyć oko, najlepiej z bezpiecznej odległości kilku metrów, bo po hamburgerach i tej tonie cukru, którą pochłonęłyśmy, nasze oddechy również mogły naruszyć delikatny ekosystem.
Usiadłyśmy więc na ławce i czekałyśmy na efekty pogoni za małą dziewczynką, która radośnie pląsała po trawie. I była zabójczo szybka. Za szybka. Bezradny PSZ, który paniczne bał się nadepnąć na źdźbło, stał i walczył wewnętrznie. W końcu dziewczynka się zmęczyła i wróciła na chodnik, obyło się bez „ręce, k%^&, na plecy, gleba!”
W celu odreagowania stresu oddaliłyśmy się dumnym krokiem z powrotem na Rynek Główny, gdzie uraczyłyśmy się Guinnessem, za nic mając sobie opowieści o złych, brutalnych i nachalnych Anglikach okupujących krakowskie „angielskie” puby.  Anglicy faktycznie nas atakowali, ale, na szczęście dla takich niewinnych istot jak czwórka głośnych i pewnych siebie bab, głównie bezguściem i brakami w uzębieniu. Za to pan „naganiacz” zrekompensował nam wszystkie niedogodności. Złagodził nawet widok (od którego pękały oczy) na taksówkarza, który wzorem słynnego detektywa, zapuścił na czaszce rzeżuchę i starał się wyglądać GROŹNIE. Tak bardzo się starał, że niewiele brakowało, a by popuścił. Chociaż trzeba przyznać, że posiadał jedną rzecz, która nas urzekła, kieszenie mieszczące tableta. Respect wśród góralek.
W każdym razie Naganiacz Piękne Oczy skołował nam krzesełka (z serduszkiem! <3) i celebrowałyśmy późne popołudnie piwkiem. No, ja dzieckiem piwkiem tych trzech dorosłych piwek… Gender.

guinness

Serdecznie pozdrawiamy pana Naganiacza z Bull Pubu! 🙂

my

Normalnie nie mam takich wielkich dłoni, Aśka nie potrafi zmieniać sie w mgłę, a Maja jest Mają bez żarówki nad głową.

Wróciłyśmy do domu, żeby się odświeżyć i przygotować na: co, ja nie wypiję ósmego piwa?!
Zrobiwszy się na bóstwa (jakiejś odległej galaktyki…) i osiągnąwszy nowy poziom jakości sweet fotek w toalecie, byłyśmy gotowe na podbój Krakowa nocą.

mustach
Poznajcie nas. Od lewej: Aśkitler, Justa Han Gał, le Mają, Marta z wąsem…

Pierwszym odwiedzonym przez nas miejscem był Klub Diva Music Gallery. Na naszej jednostce elitarnej rzeczownik „gallery” zrobił wrażenie, więc się skusiłyśmy. Bon na drinka miał drugorzędne znaczenie 😛
W środku duszno i śmierdzi petami. No, ale ten drink. Siadamy, zamawiamy mojito (modżajto -_-), truskawkowe i malinowe.
O-hydz-two. W życiu nie piłam tak niedobrego mojito. To dumnie nazwane truskawkowym smakowało bardziej chemicznie niż ścieki z Azotów Puławy, a malinowe benzyną z aspiryną. Zdegustowane wyszłyśmy czem prędzej. Serdecznie nie polecamy, hejtujemy, nie wklejamy linka do strony klubu.
Pozostając w lekkiej konsternacji – co dalej? – stwierdziłam: chodźmy po liście! Ciszę przerwała Aśka: po jakie, k$*&^, liście?!
Kiedy ochłonęłyśmy i wytarłyśmy, kolejny raz, rozmazane makijaże, Aśka wyjęła listę z miejscami, które nam polecono i które miałyśmy odwiedzić.

Po kilku (albo kilkunastu…) lokalach, w których albo nie było miejsca, albo nam nie odpowiadały, wylądowałyśmy w Pergaminie na Brackiej. Zasiadłyśmy na lekko zapadającej się kanapie i zamówiłyśmy drinki. Wystrój knajpy trochę nas zaskoczył – połączenie stylizowanych kanap, beczek po winie, nowoczesnych krzeseł, halogenów i ultrafioletu przy barze plus ta nazwa…, za to drinki pierwsza klasa! Cosmopolitan i Pussy Cat, które zamówiłyśmy, były pyszne, zawierały alkohol (co nie zawsze jest oczywiste…), smakowały dokładnie tak jak miały smakować i były estetycznie podane. Rozochocone zamówiłyśmy sobie także przekąskę z oferowanej kuchni fusion: tosty z grillowanym kurczakiem, serem i warzywami. Bardzo dobre! Świeże, wyważone w proporcjach, tanie (10zł za dwa całkiem konkretne tosty).
Żałuję, że nie spróbowałyśmy rekomendowanych drinków: „Przyjaciela Mojej Kozy”
i „Pocałunku Saddama”, następnym razem 😉

Po opuszczeniu Pergaminu wpadłyśmy do Disco Pubu, również przy Brackiej. Klub ujął nas wystrojem, który dla większości obecnych tam gości był pewnie bardzo hipsterski, dla nas sentymentalny 😛
Miks przebojów z lat osiemdziesiątych był ok., chociaż denerwowały mnie poszatkowane piosenki – kiedy zaczynałam nucić, muzyka się zmieniała. Zaraz po tym jak wyraziłam to uczucie werbalnie, DJ który najwyraźniej czytał z ruchu warg przez ścianę, puścił piosenkę w całości! Niestety był to DJ cyniczny i wredny, piosenką tą były „cztery osiemnastki w moim samochodzie”.  Zaczęło się robić niebezpiecznie bo okazało się, że jedna z nas zna słowa… Uznałyśmy, że najwyższa pora na spacer do naszego apartamentu 😉

Niedziela obudziła nas pięknym słońcem. Zebrałyśmy się więc skoro świt – o 11:00 i ruszyłyśmy wygrzać kości i zjeść drugie śniadanie.
Odwiedziłyśmy Charlottę na placu Szczepańskim.

charlotte1

kanapki

Wspaniałe miejsce! 🙂 Naturalne pieczywo, wspaniała tarta cytrynowa, croissanty i ciastka francuskie. Już od progu zwariowały nam ślinianki.
Obkupiłyśmy się i poszłyśmy usiąść na słońcu, żeby w ciszy i cieple pochłonąć węglowodany i tłuszcze. Justa słusznie zauważyła, że to nie alkohol daje szczeście, szczęście daje masło!

ciastko1

Szczęśliwa kobieta po drugim śniadaniu wygląda tak:

aska

Ożywione pożywieniem ruszyłyśmy dziarskim krokiem w kierunku Wisły. Ale nie byłybyśmy foodie, gdybyśmy nie zahaczyły o Cupcake Corner. Aśka wyszła szczęśliwsza o babeczkę, ja o smoothie z mango i mięty. Okazało się, że moje szczęście było trwalsze, w dramatycznych okolicznościach Joanna straciła część ciastka, uczciłyśmy to minutą ciszy, Aśka godziną jęczenia. Bez dalszych dramatów dotarłyśmy na zieloną trawę, którą zamierzałyśmy przygnieść nie tylko zadami, ale całymi jestestwami! Co uczyniłyśmy. Ament.
Poniższa fotka obrazuje sytuację patologiczną… Przestrzegam co wrażliwszych…

patologia

Pobyczywszy się, zebrałyśmy nagrzane zwłoki na obiad. Chciałyśmy do „Pod Wawelem” – tłum, chciałyśmy do „Taco” – tłum, weszłyśmy do „Czarnej Kaczki” (zaraz obok Taco, na Senatorskiej)… I to był błąd.
Gorąco, z głośników muzyka pomiędzy taką, którą nas raczą w saunach a taką, którą katują nas w Castoramie. Ale głodne i spragnione więc zniesiemy dzielnie. I to był błąd.
Zamówiłyśmy: maczankę, czyli karkówkę na bułce w sosie kminkowym na winie, surówkę a’la kolesław, placki z gulaszem i pierogi ruskie z pieca. I to był błąd.
Pierogi nie były z pieca a z frytury, dość wysłużonej na dodatek, surówka była zjełczała, a wisienką na torcie było piwo, nie to, które zamawiałyśmy. Farsz w pierogach był niezły, placki kolokwialnej dupy nie urywały, ale były w porządku, mięso też, jednak bilans wyszedł ujemny. Odradzam.

I tak skończył sie bardzo przyjemny weekend w Krakowie 🙂 Obiecałyśmy sobie, że drużynowych wypadów będzie więcej – nie dość, że się nie pozabijałyśmy to jeszcze świetnie się ze sobą bawiłyśmy 🙂

Na koniec pozdrawiamy pana, który idąc przed nami na Grodzkiej, głośno pierdnął, o pardon my french, puścił bąka, który sprawił, że łzawiły nam oczy, pozdrawiamy pana heroinistę, który będąc mistrzem konsekwencji i ustaliwszy sobie azymut na Floriańskiej, nie zważał na przeszkody, którymi okazałyśmy się my oraz uroczego chłopaka naganiacza, który okazał się krasomówcą: „noż kurwa, japierdolę, co to jest?!” kiedy podziękowałyśmy za setne zaproszenie do knajpy X.
Rzekłam.

Comments

comments

One thought on “Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *